Świat kobiety

W JAKIEJ PORZE ROKU NAJLEPIEJ URODZIĆ DZIECKO.

Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym o jakiej porze roku chciałybyście urodzić dziecko? Myślę, że gdyby zrobić ankietę na ten temat to większość odpowiedziałaby, że latem. Kiedyś też bym tak powiedziała. Jednak dziś bogatsza o dwoje dzieci, myślę zupełnie inaczej.

PORÓD NA WIOSNĘ

Maja przyszła na świat w dzień matki, kiedy dnie stawały się coraz dłuższe, a przyroda budziła się do życia po zimowej drzemce, pokazując swoje piękne soczyste, zielone odbicie. Za oknami słońce, które swoje promienie wpuszczało przez uchylone okna mieszkania, dostarczając witaminę D w naturalnej postaci. Śpiew ptaków, bociany szykujące swoje gniazda na słupach energetycznych. Ludzie jacyś tacy szczęśliwsi, chociaż bardziej rozkojarzeni. Wszystko wydawało się jakby nowe. I mnie też wydawało się, że nie może być bardziej idealnej pory na poród. 
A jednak się myliłam.

Oczekiwania vs Rzeczywistość

Pamiętam jak koleżanka zachwalała właśnie wiosnę jako wspaniały czas na poród. Dłużej widno, ciepło, długie spacery, nie trzeba tyle ubierać dziecko i wiele innych superlatyw. Jak zaszłam w ciąże i okazało się, że termin porodu przypada na maj, byłam zachwycona. Jednak szybko po urodzeniu okazało się, że oczekiwania przerosły rzeczywistość. Czyli tak naprawdę znowu chciałam więcej niż mogłam 😊.

Rodziłam gdy termometry za oknem pokazywały ponad 20 kresek. A wiadomo jak ciepło, to człowiek ma ochotę zawsze na więcej, intensywniej i radośniej. Kiedy okazało się, że Maja ma podwyższone CRP i muszę zostać dłużej w szpitalu, tęskniłam za domem niesamowicie. Po prostu za wszystkim, nawet za codziennym ścieleniem łóżek. Co zazwyczaj mnie okropnie denerwuje. Bo jak tu nie wpadać w złość kiedy rano wyro trzeba zaścielić, żeby dzień uciekł przez palce i ani się nie obejrzeć, a tu wieczór i znowu trzeba rozłożyć. Ale przeżyłam i wytrzymałam nawet skrzypiące łóżko.
Te szpitalne prycze są okrutne. Jak się tylko poruszyłam miałam wrażenie, że budzę wszystkie dzieci w sali😜 .

MOJE DZIECKO NIE LUBI SPACERÓW

Jeeeest nareszcie w domu. Oczywiście nie brakowało łez szczęścia. Nie mogłam się doczekać pierwszego wyjścia na spacer. Zgodnie z zaleceniami na wypisie ze szpitala, terminowo zaczęłam werandowanie, wydłużając z dnia na dzień czas. I doczekałam się pierwszego spaceru. Okazało się, że Maja bardzo nie lubi wychodzić na spacer kiedy nie śpi. Pozostało mi spacerowanie kiedy jest śpiąca i zasypia wózku. Ale kiedy w takim razie zrobić cokolwiek w mieszkaniu? Tak moja wspaniała teoria długich spacerów runęła. Nauczyłam się być bardziej zorganizowana. Robiłam to co mogłam dzień wcześniej, żeby kolejnego dnia wyjść na spacer kiedy Maja będzie śpiąca. I przez pewien czas to się sprawdzało. Ale ona robiła się starsza i coraz mądrzejsza😜 . Wychodziłam na dwór kiedy chciała spać, ale jak tylko wózek stanął, albo weszłam do sklepu, Maja otwierała oczy. A ja biegłam do domu bo wiedziałam jaki to będzie miało finał. Przecież wózek parzy i zaraz zacznie się panika🤣. Wtedy zdecydowałam się na chustę. Niestety w niej także Maja nie czuła się dobrze. Co mi pozostało? No cóż, dostosować się do dziecka i wychodzić na dwór wtedy kiedy jest śpiąca i spacerować.

Kiedy inni cieszyli się dobrą pogodą do samego wieczora, ja siedziałam w domu. Tak bardzo mnie to męczyło. Nie byłam do tego przyzwyczajona. Przed porodem spacerowałam w psem nawet trzy razy dziennie i to minimum godzina czasu każdy spacer. Patrzyłam jak inne matki siedzą w parku na ławeczce i czytają książki, a dziecko grzecznie sobie śpi w wózku. Dlaczego ja tak nie mogłam? Ale potrafiłam sobie dużo wytłumaczyć i rozumiałam, że każde dziecko jest inne.

UFFF, ALE GORĄCO!

Lato jakby nie patrzeć było wtedy bardzo ciepłe wręcz upalne. Zresztą teraz kiedy mamy ocieplenie klimatu nie trudno o afrykańskie upały. Karmienie piersią mimo tego, że to jedna z najwspanialszych rzeczy w macierzyństwie nie należało do najprzyjemniejszych. Nasze mieszkanie jest tak ciepłe, że każde przystawienie Mai do piersi powodowało, że pot spływał po mnie jak deszcz po rynnie😤 . No może trochę przesadzam, ale rzeczywiście nie było przyjemnie. Wieczory w naszym mieszkaniu nie były lepsze. Pomieszczenia nagrzane do około 28 stopni nie pozwalały Mai zasnąć. Męczyło mnie to niesamowicie. Nie raz nie miałam nawet siły wieczorem pomalować paznokci. Nie wspomnę o obejrzeniu jakiegoś serialu. Bo pierwsze 10 minut przewijałabym w nieskończoność 😂. Cieszyłam się, że Maja nie miała kolek. Tyle się naczytałam o rodzicach, którzy próbują pomóc wtedy swoim pociechą. Noszą na rękach. Matko, nie wyobrażam sobie w tym upale. Wtedy i ja byłabym chyba niemowlakiem i korzystała z każdej drzemki Mai.

Co było dla mnie dobrego w tej porze roku? Brak konieczności ubierania kilku warstw żeby wyjść na dwór. Chustka na głowę, ochrona przed słońcem i można było ruszać.

PORÓD JESIENIĄ

Poród jesienią był dla mnie zdecydowanie lepszy jeśli chodzi o porę roku. Kiedy urodziłam były pierwsze przymrozki, za oknem leżał śniegu, jak to mówią, tyle jakby kot napłakał. Ludzie, na których patrzałam ze szpitalnej sali czekali na tramwaj ciepło ubrani i myślałam sobie- Ten to musi teraz marznąc. Nie miałam zatem takiego wyrzutu, że siedzę w zamkniętym pomieszczeniu przez cały dzień. Cieszyłam się 3520 gramami i 57 cm szczęścia. Ale za to, za domem tęskniłam tak samo. Nie mogłam doczekać się kiedy Maja zobaczy siostrę. Kiedy i jak ja przywita 😍. Ale te pierwsze chwile po porodzie są tak niesamowite http://zawodowokobieta.pl/porod-najwspanialsze-przezycie/ , że jak dzielny mały pacjent wytrwałam cierpliwie.

Ciepło, miło i przyjemnie

Jesień to czas takiego wejścia w stagnację, w wyciszenie. Lubię tą porę roku za to, że pozwala odpocząć. Lubie kiedy można zaszyć się w domu pod ciepłym kocem z kubkiem gorącej herbaty w ręku. Pamiętam, z rodzinnego domu jak w chłodniejsze jesienne dni mama przepalała w piecu i takie pierwsze ciepło, które rozchodziło się po całym mieszkaniu. Ten zapach drewna i ognia, ten charakterystyczny jego odgłos. Stawałyśmy wtedy z siostrami przy piecu i pocierając ręka o rękę, grzałyśmy się.

Po powrocie do domu planowo zaczęliśmy werandowanie i z utęsknieniem czekałam na pierwszy spacer. Bałam się, że historia się powtórzy. Ale tak się nie stało. Nadia uwielbiała spacerki i to nie tylko wtedy kiedy wózek był w ruchu. Mogłam iść z nią do sklepu, do galerii, a i nawet posiedzieć na ławce, jeśli pogoda na to pozwalała. Do dziś lubi spacery i ciekawi ja wszystko to co wokoło. Na spacer wychodzimy nie tylko wtedy kiedy planujemy jej drzemkę, ale także wtedy gdy jest wyspana. Po urodzeniu Mai myślałam, że tak się nie da. A jednak myliłam się 😊. Dzięki temu, że Nadia spała w domu zyskałam więcej czasu na obowiązki, a i czasem na kawkę w chwili relaksu 😊.

Nie męczyłam się i nie pociłam, kiedy musiałam ją karmić na każde zawołanie, jak to u noworodka bywa. Czasem nawet wręcz ją okrywałam. I jak to mówią „czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”. A zatem, oczy
nie widziały ludzi za oknem , to i mi nie było szkoda, że nie mogę spędzać na dworze tyle czasu ile chce, bo pogoda na to nie pozwalała.

I powiem wam, że fajnie jest urodzić jesienią kiedy za oknem szaro. Poprzytulać się do maleństwa, spędzić z nim te pierwsze ważne miesiące, które często dla kobiet, rodzących po raz pierwszy są trudne. Wsłuchać się w jego rytm dnia. Dzieci lubią kiedy czynności powtarzane są w tej samej kolejności i o podobnych porach. Jak miło jest spędzić pierwszą gwiazdkę z taką kruszyneczką. Ten blask świeczek i ciepło tworzy tak niezapomnianą atmosferę, że z ogromną przyjemnością sięgam do niej pamięcią. Pierwsze święta, kiedy ma się już swoją rodzinę. Kiedy wszystko toczy się wokół takiego małego serduszka ❤.

Jedyne co gorsze to ubieranie przed wyjściem z domu. Ale i to z czasem opanowałam. Najpierw ubierałam Maję, rozszczelniałam balkon i ona siedziała przy otwartym oknie, żeby się nie zagotować, potem połowicznie siebie, a na końcu maleństwo. Kiedy już byliśmy na klatce i Nadia leżała w wózku, kończyłam ubierać siebie i zakładałam ubranie psu 💪. Bo przecież on na spacer chętny był pierwszy. A jakże można byłoby pominąć króla😜.

Dziś kiedy mamy już wakacje Nadia jest już na tyle duża, że spokojnie możemy korzystać z większej ilości letnich atrakcji, aniżeli w pierwsze wakacje z Maja, kiedy miała 2-3 miesiące. Dlatego moim zdaniem jest to kolejna zaleta porodu jesienią. Dziecko wiosną i latem jest już w takim wieku, że spokojnie można je zabrać na urlop albo wychodząc zostawić z tatą i nie martwić się czy starczy im mleka, które spuściłam. Bo mogą zjeść musik owocowy lub obiadek.

JESIEŃ, JESIEŃ, JESIEŃ

Jeśli zatem ja miałabym doradzić przyszłej mamie, w jakiej porze roku najlepiej urodzić, poleciłabym z czystym sumieniem JESIEŃ. Kiedy to dnie stają się krótsze i wszyscy szykuje się do zimowego snu, świeżo upieczona mama otula się ciepłem swojego maleńkiego szczęścia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *