ŻYCIE

Sobota kiedyś, a dziś.

Jest sobota. Dzień wolny od pracy. Kiedyś, nie dziś. Godzina 6 no dobra 5.50 słyszę mam, mam, mam. Budzę się i nie muszę patrzeć na zegarek wiem, że pora wstać, pora na cycka. Biorę małego dziecia do karmienia i jak każdego dnia łudzę się tak samo mocno, że to może ten dzień kiedy się naje i jeszcze zaśnie. Kiedyś spojrzałabym na zegarek, obróciła z prawego boku na lewy i spała dalej.

Nic z tego. Czas na zabawę. Szybko zamykam drzwi do pokoju co by czasem starsza się nie obudziła. Myślę sobie, proszę dziecko zabawki, matka jeszcze chwilę się poleży. Ale nic z tego. Leniwe poranki z wylegiwaniem się w łóżku? Zapomnij. Może za 3 lata. Widzę jak na twarzy Nadii maluje się uśmiech i wiem, że zabawa w pojedynkę jest nudna. Mamo pobaw się ze mną, a najlepiej weź mnie za ręce i pochodźmy po domu. Z oczyma na pół otwartymi kulam więc piłkę do córki. Kiedy ona zaczyna się śmiać, ja powoli się budzę. Po chwili słyszę jak klamka opada w dół, a drzwi pokoju otwierają się. Starsza córka też nie chcę już spać. Wiem, że dzień będzie długi i ciężki.

Jest tego jeden plus. Starsza absorbuje młodsza. I chodź nie trwa to długo udaje mi się zrobić im śniadanie. W międzyczasie kilka razy krzyczę z kuchni, żeby nie zabierały sobie zabawki, albo uważały bo zaraz spadnie im coś na głowę. Radio niby gra, ale co z tego skoro ja i tak jak detektyw nasłuchuje co dzieje się w ich pokoju. Rozumiem każdy dźwięk i szmer. Sama zjadam ostatnia w tak zwanym biegu, między mamo chodź, mamo siku, mamo pomożesz lub kolejnym wybuchem płaczu.

Kiedyś o tej porze krzyczałabym do męża po co mnie budzisz skoro dziś sobota. Śniadanie zjadłabym w spokoju i starannie przygotowane. Jedyne co by mnie absorbowało to pies, który czeka na spacer. W tle leciałaby muzyka, a nogi rwały do tańca. Może by tak wyjść potańczyć?

Od tego czasu jest już tylko ciężej. Dzieci stają się bardziej znudzone, a niewyspanie daje o sobie znać nie tylko mi.

10:00 czuję się zmęczona jakby po całym dniu ciężkiej pracy. Wcześniej dopiero bym się budziła i pewnie biorąc telefon do ręki pozwoliła na chociaż 10 minut dodatkowego lenistwa. Dziś słyszę w radio piosenkę świąteczną i myślę, serio już? Kiedy ten czas minął? I szukam sposobu na przygotowanie idealnego dopalacza w postaci kawy. Wypijam podwójne espresso i czuje się jakbym łyknęła sok z gumi jagód. Siła wróciła.

Matko…., ale bałagan. No tak dałam luz z zabawkami, żeby przygotować śniadanie to teraz jest co sprzątać. A może tak zostawić to wszystko, albo uprzątnąć z grubsza i poczekać, aż wróci maż z pracy. Zrobić sobie trochę wolnego od dzieci i posprzątać, kiedy on zajmie się dziewczynami. Zawsze to jakaś odskocznia. Kiedyś przed jego powrotem dom byłby na błysk. I ja sama też.

Pora wyjść na dwór i zaczerpnąć świeżego powietrza. Dzieci są prawie wyszykowane jeszcze może brakuje z dobre pół godzinki do wyjścia. Czyli walka by zrobić siusiu, płacz bo rękawiczki są obrzydliwe, a buty nie chcą wejść na stopę. W korytarzu stoi szafa z dużym lustrem patrzę na siebie i coś mi nie gra. Nie wyspałam się czy co? Już wiem. Zapominałam, że dziś się nie czesałam. Przeczesuje zatem w pośpiechu włosy. Przydałoby się je także potraktować chociaż suchym szamponem, bo wczoraj nie miałam siły by umyć. Ale zaczesane do góry nie wyglądają najgorzej. Jeeeest…Myślę sobie nareszcie mam to. Wychodzimy. Nie ważne, że w legginsach i gołych kostkach. Kiedyś nie wyobrażałabym sobie tak wyjść z domu. Spódniczka obowiązkowo. Makijaż poprawiony, włosy uczesane i to przekonanie, że wyglądam dobrze. Ale dziś, kto to będzie widział. Najważniejsze, że czuje się dobrze. Kurtkę mam prawie do kolan. A spódniczki też są, grzeją miejsce w szafie i czekają na swoją kolej.

Jeeeest, nareszcie chwila spokoju starsza biega za gołąbkami, młodsza cieszy się do niej i grzecznie siedzi w nosidle, przecież wózek parzy. Ja sama łapie oddech. Dobrze, że wyszłam. Doceniam tą luźniejszą chwilę. Miło jej tak na nie popatrzeć. Myślę sobie, a może tak spacer deptakiem blisko morza. Pamiętam kiedyś te wolne soboty, cały dzień tylko dla siebie. Rano ogarniałam mieszkanie, bez pośpiechu swoim tempem, a potem luzik. Sobotni długi spacer brzegiem morza, wieczorny seans przed TV, a może spotkanie z koleżankami z pracy. Plotki, ploteczki, zakupy, obiad na mieście, kawka z pysznym ciastkiem i brak ograniczenia czasowego. Od wyboru do koloru. Dziś morze??? To skomplikowane.

Zerkam na zegarek, pora wracać. Póki dziecko się bawiło i biegało to nic nie bolało, kiedy zabawę czas skończyć nogi nie dają rady. Produkuję się zatem, żeby jakoś dojść do domu i wymyślam różne historie. Myślę sobie zjedzą obiad, a potem drzemka. Expresem serwuje posiłek, o dziwo nikt nie wybrzydza. Z drzemki nici. Ani jedna, ani druga. A zatem zapomnij kobieto, że wyciągniesz nogi na kanapie.

Godzina 17 myślę, wytrzymać jeszcze godzinę, nie zwariować, wykapać je, kolacja i położyć spać. Plan dobry. Wyciągam zatem kolejne rzeczy z szafy. Chodźcie zobaczyć co mama ma. Pogramy na miskach i garach. To nic, że zabawki wszystkie leżą poupychane po kątach, ja sama chodzę jak bocian po mieszkaniu, żeby się o nie potknąć. Zabawa trwa z 5 minut. I po co mi to było? Kolejne graty, które leżą i czekają na uprzątnięcie. Potem ja znowu jestem Shrekem, Maja Fioną, a Nadia osiołkiem. Jak na tą porę dobrze się bawimy.

20.30

Uffff, jak przyjemnie. Tylko ja i cisza. Dziś tego potrzebowałam. Dzieci śpią, bałagan leży i czeka. Zabawki udało się nieco ogarnąć ze starszą, ale reszta czeka na mnie. Mąż spóźni się z pracy. Mam tyle do zrobienia i tak bardzo chciałabym wykorzystać ten wolny czas, że nie wiem od czego zacząć. Chętnie bym usiadła, ale jak się zasiedzę to już nie wstanę. Jestem dumna z siebie, że kolejny raz kiedy cały dzień siedzę sama z dziećmi tak dobrze sobie poradziłam. Porządkuje zatem to co muszę i wykąpana siadam przed telewizorem. Nawet pilot należy dziś do mnie. Myślę sobie wow- zasłużyłam.

Siadam wygodnie na kanapie z kubkiem ciepłej herbaty i skacze po kanałach, nie wiem nawet zbytnio co mam oglądać. Kiedyś mogłam poskakać tak po imprezach. Próbuje sobie przypomnieć kiedy ja ostatnio oglądała jakiś serial. Ale nic. Patrzę nadal w telewizor i jednym uchem słucham drugim myślę o czymś zupełnie innym. Kiedyś jak na sobotę przystało odświeżyłabym paznokcie, potem obejrzała kolejny dobry film z ewentualnie lampką wina w dłoni. Po nim drugi, a spać poszłabym ok 3.

Ejjj to głupie siedzieć i oglądać byle co. Tracę czas, mój czas na taką głupotę. Lepiej wezmę książkę i poczytam. Podejmuję próbę, ale czuje, że głowa leci mi do dołu. Walczę ze sobą. I znowu ta zawiecha. Myślę o wszystkim i niczym. Dobra, nie robię nic, nie mam siły, położę się i popatrzę w nicość. Telewizor niech sobie gra.

22.30 słyszę klucz otwierający drzwi. Telewizor dalej gra, pies skacze na widok Pana. Herbata niedopita stoi na podłodze, tuż obok mnie leży książka.

Spałaś- słyszę. Po czym udaje się żółwim tempem jak zombie do łazienki umyć zęby i przenoszę do łóżka. Jak zaczarowana.

Kiedyś myślałam sobie, jak można spać o 22:00 tracić tyle życia. Dziś myślę sobie jak by to zrobić, żeby o 22:00 nic nie robić, a nie zasnąć. Zestarzałam się? Niby zamiary te same, ale siły mniejsze. Nie jestem już tą dziewczyną co o 22:00 ma ochotę wyjść na miasto i przebalować całą noc, tą dziewczyną co na zakupach spędziłaby pół dnia, tą co z nieumytymi włosami nie wyjdzie na dwór, tą co lubiła się tak przeglądać w lustrze i przebierać kilka razy dziennie.

Nie ukrywam, że czasem mi tego brakuje. Ale tylko czasem. Lubię to co mam. Lubię moje wygodne legginsy, lubię, mój stan hipnozy, lubię ciepłą herbatę i lubię potańczyć z dziećmi, albo sama przed lustrem. Lubię być shrekiem, bestią, roszpunką i macochą Gertrudą. Lubię je uszczęśliwiać. Kocham ich śmiech. Ja chyba po prostu dojrzałam. Przestałam przejmować się tym co powiedzą inni. A wszystko jest tak jak być powinno. Na swoim miejscu i o właściwej porze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

%d bloggers like this: